27 lutego 2013

Ulubione w lutym

Na szczęście koniec lutego już się zbliża, ciesze się ogromnie, bo zimy mam serdecznie dość, a marzec zawistuje wiosnę. Tak więc z ogromna radością "zamykam" drugi miesiąc 2013 roku postem z ulubionymi kosmetykami.


 *Masło do ciała z serii BAWEŁNA, Bielenda. Pod postem z recenzją tego masła któreś z Was napisały, że może je na włosy nałożyć? Nałożyłam i powiem Wam, że to była dobra decyzja, fantastyczne nawilżenie i połysk! Kto by pomyślał! Zastanawiam się na zakupem kolejnego opakowania, które w całości zużyłabym na włosy.

* Sensual, plastry do depilacji twarzy.  Włoski na twarzy nie przeszkadzają mi na co dzień, bo są prawie niewidoczne. Kiedy się jednak robi zdjęcia na bloga, to jest to uciążliwe, bo widać wszystko, szczególnie jak się nałoży podkład. Plastry są całkiem w porządku, dobrze sobie radzą z delikatnym owłosieniem.


 * Bibułki/chusteczki matujące, aktualnie mam te z Inglota i Wibo. Lubie je tak samo bardzo, choć różnią się od siebie znacznie. Dla osoby z tłustą cerą to rzecz niezbędna! Ostatnio moja cera nie przetłuszcza się wybitnie, ale bibułki mam i używam, to chyba już kwestia przyzwyczajenia. 


 * Cień do powiek z limitowanej kolekcji karnawałowej GLAM NIGHT Sparkle, Bell. Śliczny brąz z ogromna ilością srebrnych drobin. Mam słabość do cieni Bell, jakościowo bardzo mi odpowiadają, tylko wybór kolorystyczny jest ograniczony.


* Pomadki Celia Nude 601 i 602. Fantastyczne pomadki, których kolory na ustach wyglądają obłędnie. Kolor o numerze 602 zmasakrowała mi córka (wcale nie musiała się napracować, pomadki są bardzo miękkie), ale moja przemiła koleżanka miała identyczną i w związku z tym, że  z niej nie korzystała, to mi ja podarowała. Zaczęłam używać i przypomniałam sobie, jak bardzo je lubię. 

*Błyszczyk Spicy, Wibo. Nie mogłam o nim nie wspomnieć, kolor mnie urzeka. Bardzo ciekawy, wielowymiarowy efekt na ustach. 


Pozdrawiam.

Dorota

25 lutego 2013

Na dobry poczatek tygodnia....

Znakomitym rozpoczęciem tygodnia jest paczka pełna kosmetyków. Ta, którą cieszę się dziś, jest od marki FLOSLEK. 


Do testowania i recenzowania otrzymałam:


*krem nawilżający EMOLEUM, do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej;


* płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu, seria hipoalergiczna;


*dwufazowy płyn do demakijażu oczu;


* ANTI ACNE, krem matujący do skóry tłustej i mieszanej;


* krem nawilżajacy do skóry zmęczonej, z oznakami starzenia, NATURALNE PIĘKNO;


* masło do ciała, mango i marakuja, NATURAL BODY.

Jestem podekscytowana i gotowa do stosowania tychże kosmetyków. Mam nadzieję, że dobrze mi się przysłużą. 

Jeśli znacie te rzeczy, to piszcie koniecznie o swoich spostrzeżeniach.

Pozdrawiam.

Dorota



Spicy lip gloss *Wibo*

Witam.
Dziś ostry temat....

Spicy lip gloss
błyszczyk zawierający  ekstrakt z papryczek chili
nr 8
*Wibo*
 

Pojemność: 3 ml

Informacja o kosmetyku:
zawiera ekstrakt z papryczki chili, działający stymulująco i pobudzająco na krążenie krwi. Powoduje seksowne uwydatnienie i powiększenie ust. Przeznaczony do każdego rodzaju skóry. Delikatna konsystencja, nadaje efekt szklistych ust, dzięki refleksom, które migoczą tęczą kolorów. Kolorystyka zgodna z najnowszymi trendami. 



Zmagam się ze sfotografowaniem tego koloru od jakiegoś czasu, jest on szalenie trudny do uchwycenia. Mój odcień (nr 8) jest czerwony, z taką malinową nutą, a drobinki w nim zatopione błyszczą na różowo, fioletowo i może odrobinę na złoto. Niestety, poprzez te drobiny, kolor na zdjęciach wygląda na czysto różowy (na ustach, fotografowany oddzielnie wygląda na pomarańczowy), bo taki poblask daje ten błyszczyk, sama baza jest jednak czerwona. Feeria barw w każdym bądź razie jest zaskakującą jak na jeden mały błyszczyk.  I ten właśnie wielowymiarowy odcień  zachwyca mnie najbardziej, bo niby ma drobinki, ale one na ustach nie są widoczne (ich kolor fantastycznie się komponuje  z naturalna barwą moich usta), a ich różowy poblask dodaje ciekawego wykończenia. Błyszczyk wygląda milion razy lepiej na ustach niż w opakowaniu!!!!


Wydawało mi się, że poprzez dodatek papryczek chili będę odczuwała pieczenie albo mrowienie, nic z tych rzeczy. Na mnie on tak nie działa, nawet  w najmniejszym stopniu.  Nakłada się go tradycyjnie, całkiem przyjemnie zresztą, bo nie jest ani mocno klejący, ani rzadki. Konsystencje określiłabym jako taką  w sam raz. Ładnie przylega do ust, dobrze się trzyma na balsamach i pomadkach ochronnych (tak go używam, bo boje się wysuszenia, raczej nie noszę solo); właściwości pielęgnacyjnych nie odnotowałam.

Trwałość jest słaba, jak to niestety z błyszczykami bywa, ale też nie jest tragicznie. Schodzi równo, nie wygląda nieestetycznie podczas procesu znikania. Zapach jest dziwny, nie każdemu będzie się podobał, ma w sobie coś słodkiego, raczej w kierunku owoców leśnych lub truskawki, do aromatu chili jest mu bardzo daleko. Smak ma neutralny. 

Moich usta nie powiększa, to szkliste wykończenie sprawia jednak, że wydają się pełniejsze, ale tak działa w zasadzie każdy nabłyszczający produkt do ust.



Uwielbiam go w zasadzie głównie za kolor, nieokreślony, wielowymiarowy, grający ze światłem;  fantastycznie do mnie pasuje i cieszę się, że go dostałam, sama wybrałabym dla siebie coś innego. Muszę przyjrzeć się bliżej pozostałym  "ostrym", mam ochotę na numery 18 i 12, wyglądają intrygująco.

Pozdrawiam.

Dorota

24 lutego 2013

Sleeks Cream *Inglot*

Witam,
dla równowagi, która i w kosmetycznym światku jest potrzebna, dziś błyszczyk bez świecidełek, kremowy i delikatny, w bardzo przyjaznym kolorze. 


Sleeks Cream
Błyszczyk do ust nr 96
*Inglot*


Pojemność: 5,5 ml
Cena: 19 zł

Błyszczyki z tej serii nie wzbudzały we mnie początkowo zainteresowania, opakowanie jest okropne i nie miałam ochoty posiadać czegoś, co uważam za mało atrakcyjne. Kiedy jednak zobaczyłam na blogu http://beautywizaz.blogspot.com/  jak pięknie potrafią wyglądać na ustach, zapragnęłam, bez względu na okropne opakowanie.

Wybrałam kolor subtelnego różu, bardzo delikatny, naturalny; w takich odcieniach różu czuje się najlepiej.


Ilość błyszczyku można dozować, choć za duża ilość nieco się rozlewa. Błyszczyk jest bardzo delikatny, nie klei się zupełnie i daje efekt mokrej tafli- wygląda to bardzo ładnie. Ma słodkawy zapach, miły dla nosa.

Samo opakowanie jest po prostu brzydkie, ale użyteczne. Napisy nie schodzą w tempie ekspresowym, a aplikator (klasyczna gąbeczka) równo i dość precyzyjnie nakłada kosmetyk.

Trwałość jest taka sobie, jak to w przypadku błyszczyków bywa, samodzielnie na ustach nie wytrzyma za długo, nałożony na pomadkę jest trwalszy. Zasadniczo jednak jest to jego największy mankament, jest bardzo delikatny i komfortowy w noszeniu, ale jednocześnie bardzo nietrwały.Schodzi jednak dość równomiernie, nie zbiera się w kącikach, po prostu znika z całego obszaru ust.


Błyszczyk bardzo lubię, szczególnie za kolor, wykończenie i komfort noszenia. Uważam jednak, że nie odbiega on jakością od na przykład błyszczyków Bell, a więc jego cena jest trochę zawyżona.

Pozdrawiam.

Dorota

23 lutego 2013

Make Me Happy ...

Na sobotnie popołudnie, szare i ponure- błyszczyk uszczęśliwiający.

Make Me Happy
lip gloss z molekułami szczęścia
nr 1
*Lovely*



Ten oto cudaczny kosmetyk znalazłam w ostatnim Wibo-Boxie, pewnie by rozweselić i nieco pocieszyć odchodzące  Ambasadorki, podarowano go nam na odchodne. 

Owe "molekuły szczęścia" to nic innego jak drobinki, w ilości wręcz zatrważającej, które zatopiono w bezbarwnym błyszczyku. I paradoksalnie, mogą one niektórych uszczęśliwić, innych zaś bardzo rozczarować. 


Błyszczyk na ustach wygląda odrobinę dziwacznie, niebiesko- srebrne drobinki bardzo rzucają się w oczy i wygląda to trochę kiczowato. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że wszystko pozostaje kwestią gustu i myślę, że może się to podobać, z pewnością też można by wykorzystać go do makijaży na specjalne okazje, by podkreślić usta lub podbić nieco kolor pomadki. Dla mnie jednak ten błyszczyk to bardziej ciekawostka lub gadżet kosmetyczny. 


Jakość samego kosmetyku jest całkiem w porządku. Nakłada się go za pomocą silikonowej "łezki" (bardzo giętkiej) i jest to wygodne rozwiązanie, zdecydowanie różniące się od tradycyjnej gąbeczki. Błyszczyk jest bardzo klejący i dzięki temu utrzymuje się na ustach bardzo długo, a i drobinki trzymają się zaskakująco mocno. Oczywiście jak już klejąca baza się zetrze, to drobiny mogą powędrować na twarz, ale tak właściwie to można to opanować, bo kiedy już nie czuje się klejenia, to wiadome jest, że trzeba makijaż ust poprawić.


Nie ma on właściwości pielęgnujących, ale dość dobrze chroni delikatną skórę ust; z pewnością nie wysusza. Co dla mnie ważne, ma delikatny zapach, lekko słodkawy, który szybko się ulatnia i nie przeszkadza. Nie przepadam za niektórymi zapachami błyszczyków Wibo/ Lovely, ten jest bardzo przyjemny.


Nie czuje się szczególnie szczęśliwsza, kiedy go używam, ale za to radość sprawia mi patrzenie na moją córkę, której aż się oczka świeca na jego widok. Taka mała, a już zachwyca się świecidełkami:)
Morał z tego jeden: błyszczyk nie może uszczęśliwić, chyba że się ma trzy lata.

Pozdrawiam.

Dorota

Szampon z lawendą *Eva Natura*

Myślałam, że będzie to szampon dobrze oczyszczający, szczególnie zależy mi w ostatnim czasie na tym, by dobrze zmyć oleje i cieszyć się włosami puszystymi i lekkimi. Niestety, nie z tym kosmetykiem.

Szampon z lawendą
*Eva Natura*


Pojemność: 300 ml
Cena: ok. 6 zł

Szampon przeznaczony jest do każdego rodzaju włosów, zawiera ekstrakt z lawendy, chabru, dzikiej róży. 

Skład:


Zapach jest bardzo ziołowy, lawenda zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan, w tle także wyczuwam inne ziółka (ale co to takiego, to nie mam pojęcia). Konsystencja jest rzadka, bardzo obniża to wydajność. Pienienie się też bez rewelacji.

Działanie określiłabym jako przeciętne, może nawet nieco gorzej. Tuż po umyciu włosy wydają się czyste i świeże, nie są nawet splątane, ale już po kilku godzinach zaczynają się przetłuszczać u nasady, a to nie wygląda atrakcyjnie. No i są oklapnięte, zero objętości, zero puszystości. Albo więc szampon nie zmywa olejków, albo po prostu powoduje szybkie przetłuszczanie się włosów. Nie muszę chyba mówić, że bardzo mi się to nie podoba.


Niewiele więcej mogę powiedzieć na jego temat, raczej nie jest to cud kosmetyczny. Szkoda, że się nie spisał na moich włosach. 

Pozdrawiam.

Dorota

20 lutego 2013

Tusz SpectacularMe *Lovely*

Witam,
tusze Wibo i Lovely wzbudzają w blogosferze już od dłuższego czasu spore zainteresowanie.

SpectacularMe
mascara pogrubiająco- wydłużająca
Lovely


Szczotka jest gumowa, szersza u nasady i węższa u góry (trochę jak choinka). Ząbki są gęste, krótkie i dość sztywne. Wygodnie się nią posługiwać, bo nie nabiera zbyt dużo tuszu i świetnie rzęsy wyczesuje.



Efekty są całkiem dobre. Na zdjęciach poniżej widać moje rzęsy bez tuszu, z jedną warstwą i z kilkoma warstwami. Na trzecim zdjęciu widać efekt końcowy, ale to zdjęcie numer cztery pokazuje, jak fantastycznie długie się stały.


Gdyby spojrzeć na moje oczy bez zdjęć przed, to pewnie nikt by nie uznał tego efektu za "spektakularny". Myślę jednak, że tu ważne jest porównanie, bo efekty nie u każdego będą takie same, wszystko zależy od sytuacji wyjściowej.


Mascarę SpecatcularMe bardzo lubię, moje rzęsy wyglądają bardzo ładnie, są zdecydowanie wydłużone, lekko pogrubione (może odrobinę sklejone, ale jak się nakłada tyle warstw, to maja prawo tak wyglądać), a intensywna czerń uwydatnia oko. Tusz tylko nie podkręca, używam więc zalotki.

Po kilku godzinach zaczyna się odrobinę osypywać, ale naprawdę w bardzo minimalnym stopniu. Poza tym jest trwały, dobrze trzyma kształt nadany rzęsom, nie rozmazuje się. Łato się zmywa, wystarczy płyn dwufazowy, nie podrażnia także oczu.

Jestem bardzo zadowolona z tego tuszu, spełnia moje oczekiwania i pewnie nie raz jeszcze po niego sięgnę.

Pozdrawiam.

Dorota

19 lutego 2013

City Matt *Lirene*

Ten fluid w mojej kosmetyczce znalazł się całkiem niedawno, kupiłam go z nadzieją, że pomoże mi utrzymać w ryzach moja tłustą cerę.

City Matt
fluid matująco- wygładzający
*Lirene*



Pojemność: 30 ml
Cena: ok. 17 zł

Zgodnie z opisem na opakowaniu podkład matuje i wygładza skórę. Zawiera też witaminę C i E, poprawia koloryt skóry i dezaktywuje wolne rodniki. W ofercie dostępnych jest pięć kolorów, ja mam nr 204 (naturalny), który jest zdecydowanie za ciemny i za pomarańczowy. Szczerze żałuję, że nie poszukałam odcienia najjaśniejszego (103), byłby zdecydowanie lepszy dla mnie. Świetnie za to pasuje do sztucznej opalenizny, jest idealny wtedy, gdy sięgam po mus samoopalający Lirene.


Opakowanie  z pompką jest bardzo praktyczne i higieniczne, łatwo odpowiednią ilość wycisnąć. Zapach zupełnie mi nie odpowiada, jest bardzo perfumowany, sztuczny i mocno podrażnia mój nos; na szczęście szybko się ulatnia. Sama aplikacja jest bezproblemowa, lubię go nakładać pędzlem Hakuro H50S, świetne się rozciera i stapia ze skórą.

Krycie, jak dla mnie oczywiście, jest bardzo dobre. Kolor skóry staje się jednolity, bardziej widoczne zaczerwienienia i blizny przykryte. Całość wygląda naprawdę porządnie i co najważniejsze, nie mam wrażenia ciężkości. Nawet bez pudrowania wygląda ładnie, daje bowiem matowe wykończenie, a to jest dla mnie coś fantastycznego.

Jest też stosunkowo trwały, właściwie to potrafi utrzymać się na twarzy cały dzień. City Mat plus puder bambusowy i mam matową cerę nawet przez pięć do sześciu godzin- to dobry wynik. Niestety nie mogę go używać na co dzień, bo na dłuższą metę powoduje zapychanie porów i pojawianie się grudek podskórnych. Bardzo żałuję, bo chciałabym takim efektem cieszyć się cały czas, a mogę korzystać z tej dobroci tylko sporadycznie.




Podkład jest całkiem przyzwoity, choć niepozbawiony wad, a do takich kosmetyków należy zawsze podchodzić z rozwagą.  

Pozdrawiam.

Dorota

18 lutego 2013

Kulki brązujące SUN TOUCH *Wibo*

W ostatnim pudełku od Wibo znalazłam kolejny puder w kulkach, tym razem brązujący.

Puder w kulkach 
SUN TOUCH
*Wibo*



Pojemność: 17 g


Trudno jest mi opisać kolor, nazwa "sun touch" podpowiada, że jest kosmetyk rozświetlający. Kulki ciemniejsze dają na skórze kolor delikatnego brązu, subtelnie połyskującego. Dodatek złotych kulek, mocno błyszczących zresztą, wzmaga efekt rozświetlenia i dodaje całości bardziej ciepłego wykończenia. Nie dostrzegam tu dużych drobin brokatu. Wymieszane dają na dłoni taki oto kolor:


Kulki są bardzo miękkie i podatne na  uszkodzenia, widać nawet, że niektóre lekko już popękały. Łatwo i miękko nakładają się na pędzel, bez problemu rozprowadzają się na twarzy. Raczej nie ma szans na palmy i nierówności, całość dobrze się rozciera. Z kolorem czuję się całkiem dobrze, trochę mi one przypominają odcieniem kulki z Marizy, są tylko odrobinę jaśniejsze. Ja mam bardzo jasną  karnację, w moim odczuciu i do takiej można ich spokojnie używać. Wszystko zależy bowiem od nałożonej ilości, im więcej kosmetyku położę na policzki, tym bardziej nienaturalnie to wygląda. Tak więc umiar będzie wskazany.

Z trwałością bywa różnie, ale zazwyczaj nie utrzymują się na policzkach zbyt długo. Dają ładne rozświetlenie (używam ich podobnie jak różu w kulkach Wibo, te jaśniejsze nakładam na szczyt kości policzkowych) i ten błysk widzę na policzkach o wiele dłużej.


Poważną wadą jest dla mnie to, że na opakowaniu (przynajmniej moim) brak jest adnotacji o składzie. Wiem, że dla niektórych analiza składu jest podstawą zakupu.


Opakowanie jest może zwyczajne i mało eleganckie, ale za to praktyczne, pod wieczkiem znajduje się dodatkowa nakładka, która zabezpiecza kulki przed przemieszczaniem się. 

Z doświadczenia wiem, że pudry w kulkach są bardzo wydajne. Liczę więc na to, że poużywam go także w lecie. Ach, już nie mogę się doczekać lata...

Pozdrawiam.

Dorota


17 lutego 2013

Waniliowy scrub do ciała *Farmona*

Witam serdecznie.
Do tej pory peeling kawowy, który przygotowywałam sama, nie miał sobie równych, nic tak mocno i skutecznie nie potrafiło zetrzeć skóry. W chwili obecnej znalazłam całkiem dobrą alternatywę na te dni, w których nie mam ochoty tracić czasu na "mieszanie" kawy. 

Waniliowy scrub do mycia ciała
wanilia i indyjskie daktyle
Sweet Secret
*Farmona*


Pojemność: 225 ml
Cena: ok. 12 zł
 
Skład: 
Aqua, Isopropyl Myristate, Pumice, Glyceryl Stearate Citrate, Cetearyl Alcohol, Paraffinum Liquidum, Cyclomethicone, Parfum, Glyceryl Stearate, Helianthus Annuus Seed Oil, Glycerin, Cocamidopropyl Betaine, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Vanilla, Propylene Glycol, Tamarindus Indica Extract, Macadamia Ternifolia Shell, Cera Alba, Acrylates /c10-c30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Xanthan Gum, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, CI 16255, CI 19140, BHA. 


Waniliowy scrub ma być przede wszystkim "słodką ucztą dla ciała i zmysłów". Czytając opis na opakowaniu spodziewać się możemy wspaniałego zapachu, błyskawicznej poprawy kondycji i wyglądu skóry, natychmiastowemu usunięciu zanieczyszczeń i martwego naskórka, poprawy mikrokrążenia i dotlenienia skóry.
 
Po otwarciu opakowania najbardziej rzuca się w oczy intensywny odcień zółci oraz zapach: słodki, mocny i trochę mdlący- coś akurat dla mnie. Nie jest to niestety naturalny aromat wanilii, dość mocno wyczuwam w nim sztuczność, ale że mieści się w moich upodobaniach zapachowych, to go toleruję, nawet mogłabym rzecz, że lubię. 

Pierwsze użycie było bardzo zaskakujące, drobiny ścierające są spore i bardzo, ale to bardzo ostre! Tak mocnego efektu ścierającego się nie spodziewałam i przyznam, że nieco przesadziłam, bo moja skóra była intensywnie zaczerwieniona. Kolejne spotkania były zdecydowanie lepsze, wiedziałam już, czego się po nim spodziewać i byłam bardziej ostrożna. Bez dwóch zdań- to jest bardzo mocny, bardzo skuteczny i bardzo porządnie ścierający peeling. Myślę, że używanie go dwa razy w tygodniu, może nawet raz, jest wystarczające, częściej nie próbowałam, bo po co ryzykować podrażnieniem, szczególnie w mroźne dni.

Scrub ma trochę suchą i tępą konsystencję, brak mu  w moim odczuciu dodatku oleju , który złagodziły nieco ostrość drobin i poprawił komfort używania. On  nie zostawia tłustej warstwy, skóra jest czysta, wypolerowana i tępa w dotyku. Po jego zastosowaniu konieczny jest dobry balsam nawilżająco-łagodzący lub treściwe masło, które błyskawicznie potrafi się wchłonąć.  Po takim zabiegu skóra rzeczywiście wygląda fantastycznie, staje się gładka i jędrna. Sam peeling to dla mnie zdecydowanie za mało, muszę potem skórę dobrze odżywić.


Zdecydowanie ten scrub polubią osoby, które nie mają wrażliwej skóry, które lubują się w mocnym peelingowaniu i dobrze się czują otoczone słodkim i ciężkim zapachem. Dodam jeszcze, że wspaniale się sprawdza do stóp, działa prawie jak tarka.

Ciekawi mnie, czy i Wy lubicie mocne peelingi?

Pozdrawiam.

Dorota

15 lutego 2013

Różowy tonik *Kolastyna*

Witam serdecznie.
W moich kosmetykach zrobiło się różowo, a to za sprawą płynu dwufazowego z Bielendy oraz tego to oto toniku.

Tonik REFRESH
cera sucha i wrażliwa
*Kolastyna*


Pojemność: 200 ml
Cena: ok. 7 zł

Informacja na opakowaniu:



Skład:


Kolastyna, przynajmniej mnie, kojarzy się głównie z kosmetykami do opalania, okazuje się jednak, że oferta jest bogatsza.

Zdecydowałam się ten tonik, mimo iż moja cera jest tłusta. Skusiło mnie głównie to, że dedykowany jest także do wrażliwców, a ja ostatnio mam skórę bardzo podrażnioną. Niestety pod tym względem tonik mnie zawiódł, bo podczas jego używania odczuwałam duży dyskomfort w postaci pieczenia i szczypania, wywoływał także zaczerwienienie i z pewnością nie jest do dobry wybór dla delikatnej cery. A na etykiecie widnieje adnotacja: "tonik delikatnie odświeża, koi i nawilża naskórek, przywracając komfort i naturalną równowagę". Bardzo to odbiera od moich obserwacji, wręcz zupełnie im przeczy. Tak się nawet zastanawiam, czy mi ktoś do tej butelki nie wlał czegoś zupełnie innego? Nawilżenia, uelastycznienia i wygładzenia także nie odczułam.

Zapach ma początkowo przyjemny, bo wydaje się świeży. Po czasie okazuje się, że jest dość uciążliwy i męczący, bo to taka perfumowana świeżość, chemiczna i sztuczna. Tak więc i pod tym względem mi nie odpowiada. 

Nie rozumie, dlaczego kosmetyki do cery suchej i wrażliwej są tak agresywne. Myślę, że producent powinien się w tym wypadku bardziej przyłożyć, bo to nie jest dobry tonik, ja czuje się mocno rozczarowana i żałuje, że postanowiłam go kupić.
 

Pozdrawiam.

Dorota

12 lutego 2013

Pierwsze wrażenie...

Nie powiem, że się zakochałam od pierwszego wejrzenia, po prostu zostałam oczarowana... Walentynki już niedługo, stąd może moje  bardziej uczuciowe wyrażanie się o kosmetykach. 

Czasem już po pierwszym użyciu nowego kosmetyku wiemy, że to jest to, że  z pewnością ten związek potrwa dłużej. Właśnie takie odczucia mam po kilku "pierwszych razach" z tymi maleństwami.



* Spicy, lip gloss, Wibo.

Błyszczyk zawierający ekstrakt z papryczek chili. Może zachwycił mnie dlatego, że i w mojej kuchni ostatnio jest ostro za sprawą maleńkich papryczek chili, a może dlatego, że ładnie wygląda na ustach. Sama nie wiem...



*Żel z nagietkiem do skóry suchej i wrażliwej, FlosLek.

Mam go już długi czas, ale ostatnio zaczęłam używać (sporadycznie, zazwyczaj jak pozostaję w domu, bo na mróz się raczej nie nadaje). Wiem, że to będzie mój hit na wiosnę i lato, kiedy potrzeba mi czegoś lekkiego pod makijaż. 



*Kremowy olejek myjący dla dzieci, Ziaja.

Używanie kosmetyków dla dzieci to nie jest dla mnie nowość, pamietam jak podczas pierwszej ciąży nastrajałam się, używając żeli pod prysznic mojego nienarodzonego jeszcze wtedy syna. Kilka dni temu kupiłam ten olejek dla córki, która też potrzebuje nieco innej pielęgnacji na zimę, bo ma bardzo delikatną i wrażliwą skórę. Oczywiście musiałam spróbować zarówno na ciało, jak i na twarz i jestem zachwycona. Mam nadzieję, że nie sprawi mi zawodu. 


Pozdrawiam.

Dorota