3 stycznia 2014

Relaksujące masło do ciała *AA sensitiv*

Nie było w zeszłym miesiącu ulubieńców, gdybym jednak taki post stworzyła, to masło AA znalazłoby się na pierwszym miejscu listy z ukochanymi kosmetykami grudnia!


Relaksujące masło do ciała
kokos
nature spa
Oceanic


Pojemność: 200 ml
Cena: 52,31 zł (klik)


Skład:


Informacja na opakowaniu:


Relaksujące masło do ciała używałam jednocześnie z Łagodzącym żelem do mycia ciała. Taka dawka kokosowego zapachu jest dla mnie bardzo relaksująca i cały ten proces był dla mnie faktycznie namiastką zabiegu spa, który mogłam sobie sama zafundować w domowym zaciszu. Mocny peeling, potem łagodzący żel, a na koniec to masło! Mówię Wam, marzenie!!!

Masło ma zadziwiającą konsystencję, bo w opakowaniu i podczas nabierania przypomina piankę (kokosową i bardzo apetyczną), natomiast zaraz po nałożeniu na ciało i rozsmarowaniu ujawnia się prawdziwe masło, gęste, treściwe i bardzo odżywcze. Nietrudno je jednak wetrzeć w skórę, nie pozostawia też tłustej warstwy, choć czuję przez jakiś czas delikatną ochronną otoczkę. Poczucie wygładzenia, głębokiego nawilżenia utrzymuje bardzo długo, dla mnie wystarczy nim się posmarować raz na dwa-trzy dni, by poziom nawilżenia mojego ciała był odpowiedni. Tak więc jest to dla mnie kosmetyk bardzo ekonomiczny i nie udało mi się go jeszcze zużyć do końca (żel już się  skończył:( Nie lubię tego, że jak się ma serię produktów do ciała z jednej linii zapachowej, to żel zawsze kończy się szybciej niż balsam lub masło).

Zapach jest fenomenalny, naturalny kokos bez słodkiej  otoczki- zdecydowanie w mojej ulubionej gamie zapachów. Utrzymuje się dość długo na skórze, ale nie jest przy tym męczący, bez wątpienia mogłabym używac takich perfum!


To masło to dla mnie strzał w dziesiątkę, używam go z ogromnym zadowoleniem. Odpowiada mi jego zapach i konsystencja oraz sposób działania. Niestety muszę się poskarżyć na cenę, bo jest wysoka, ale moim zdaniem odzwierciedla jakość kosmetyku.

Pozdrawiam,

Dorota

Łagodzący żel do mycia ciała *AA sensitiv*

Dziś o żelu absolutnie idealnym!

Łagodzący żel do mycia ciała
kokos
nature spa
Oceanic


Pojemność: 200 ml
Cena: 31,23 zł (klik)



Informacja na opakowaniu:
Skład:

Żel zachwycił mnie już od pierwszego "powąchania", a dlaczego? Przede wszystkim jest to kokos, a ten zapach ubóstwiam, poza tym on rzeczywiście ma zapach owocu kokosu. Nie jest przesłodzony, ulepszony, to odzwierciedlenie naturalnego zapachu. Zazwyczaj w kosmetykach spotykam zapach kokosowy w słodkiej otoczce, tutaj takiego dodatku nie ma. Bez dwóch zdań jest to dla mnie aromat idealny i zarazem bardzo uniwersalny, mogłabym go używać dosłownie cały rok!

Kosmetyk przeznaczony jest dla skóry wrażliwej, skłonnej do alergii i choć moja skóra nie jest taka, to jestem przekonana, że będzie idealny dla "wrażliwców". Używała go przez jakiś czas i moja czteroletnia córka (także bardzo polubiła ten zapach), której skóra jest znacznie bardziej wymagająca. Żel absolutnie nie podrażnia, a myje przy tym świetnie. Nie powoduje ściągnięcia czy napięcia skóry, jest delikatny. Dla mnie to idealne połączenie fantastycznego zapachu, delikatnego oczyszczania i komfortowego uczucia na skórze po prysznicu.

Używany w rozsądnych ilościach potrafi być całkiem wydajny, ale nie zaprzeczę, że bardzo kusi wylewanie większej ilości, by uzyskać mocniejszą pianę. Pojemność jest standardowa, a opakowanie bardzo praktyczne i mocne. Tubka z żelem dodatkowo zapakowana jest w kartonowe pudełko, na którym to widnieją wszelkie informacje o kosmetyku.

Jednoznacznie stwierdzam ( co dość rzadko mi się zdarza), że absolutnie zgadam się z każdym elementem opisu na opakowaniu.


Przy wszystkich tych zaletach muszę jednak wspomnieć o jednej wadzie- w moim odczuciu jest on jednak dość drogi. Dostałam go do testów i wiem, że pewnie sama nie zdecydowałabym się na zakup. Niemniej jednak jest to fantastyczny produkt i z cała pewnością "będzie za mną chodził" przez długi czas, jeśli uda mi się go poszukać w atrakcyjnej cenie, to skusze się  z pewnością.


Pozdrawiam,

Dorota

1 stycznia 2014

Balsam do ciała pod prysznic *AA Oceanic*

I mamy Nowy Rok! Mam nadzieję, że sylwestrowa zabawa Wam się udała i mimo dzisiejszego lenistwa tak samo jak ja macie mnóstwo zapału, by uczynić ten rok lepszym niż poprzedni. Ja głęboko wierzę w to, że sami mamy wpływ na to, co się w życiu wydarzy i jak się pewne ważne i ważniejsze dla nas rzeczy potoczą, dlatego bierzemy sprawy w swoje ręce i działamy, życząc sobie przy tym wytrwałości i odwagi. 

Żeby ciekawie rozpocząć styczniowe recenzowanie, dziś notka o Balsamie pod prysznic AA Oceanic, który to pokazałam w grudniowych nowościach i spora cześć czytelników była nim żywo zainteresowana. 



Pojemność: 400 ml
Cena: ok. 16 złotych

Informacja na opakowaniu i skład:


Kosmetyk jest szalenie ciekawy, bo bardzo ułatwia i niesamowicie przyspiesza etap nawilżania ciała. Nakładamy go na umytą i jeszcze wilgotna skórę, po chwili spłukujemy- ot, wszystko! Nie ukrywam, że bardzo mi się podoba taki sposób dbania o ciało, lubię rozwiązania, które pozwalają zaoszczędzić czas, dając przy tym dobre efekty.

Balsam ma bardzo delikatny zapach, lekko kwiatowy, ale przede wszystkim taki kremowo-balsamowy, subtelnie ciepły. Konsystencję ma typową dla balsamu, nie ma tu nic zaskakującego. Nakłada się go bardzo łatwo, podczas rozcierania owa kremowość zanika i balsam przyjemnie wchłania się w wilgotną  skórę. Butla ma 400 ml, więc zapewniam, że kosmetyk jest bardzo wydajny i na długo wystarczy.



Stopień nawilżenia trudno jest jednoznacznie określić, bo nie jest to balsam, który na skórze pozostaje, więc efekt będzie zależny od tego, jak długo będziemy go wcierać. Ja nie potrzebuję dużego nawilżenia, więc chwilę po rozprowadzeniu go spłukuję i to mi w zupełności wystarcza. Przy skórze bardzo suchej należałoby dłużej go "potrzymać", a nie wiem, czy komuś chciałoby się stać pod prysznicem dłużej niż 3-4 minuty? Tak więc przy stosowaniu  "na szybko" ogromnego nawilżenia nie oczekujcie, choć oczywiście efekt odprężenia i ukojenia suchej skóry na pewno jest. 

Z moich obserwacji wynika także, że balsam może się dobrze spisać jako kremowy produkt do golenia przy użyciu maszynki. Niejednokrotnie polecamy sobie niezużytą odżywkę do włosów jako kosmetyk do depilacji, ten balsam działa identycznie. Świetnie włosy zmiękcza i rewelacyjnie chroni skórę przed podrażnieniami, używam go w tej roli równie często jak balsamu nawilżającego pod prysznic. Jeśli macie problemy z podrażnioną skórą po depilacji, to polecam skorzystać  z tej metody, sprawdza się rewelacyjnie na delikatnej skórze.


Balsam AA jest dla mnie swego rodzaju eksperymentem, a jak to z tego typu nowościami bywa, nie jest idealny. Z pewnością nie daje on głębokiego odżywienia (jak to na opakowaniu jest napisane), nawilżenia głębokiego też się nie spodziewajcie. Jest to jednak przyjemny balsam, który zastosowany po kąpieli skórę odpręża i sprawia, że nie jest napięta i sucha, a zrelaksowana i milsza w dotyku.

Wiem, że AA proponuje jeszcze dwie wersje: Jedwabiste wygładzenie i Intensywne nawilżenie. Myślę, ze nie różnią się od siebie znacznie, ale chętnie je wypróbuję, tak w ramach porównania.

Pozdrawiam,

Dorota

31 grudnia 2013

Szczęśliwego Nowego Roku

Kochani,
życzą Wam udanego Nowego Roku, spełnienia marzeń i wielu sukcesów; niech 2014 rok przyniesie to, co najpiękniejsze.



30 grudnia 2013

Nowinki....

Hej!
Nie planowałam aż tak długiej przerwy w blogowaniu, miałam w planie pokazać się jeszcze przed świętami, tymczasem nie udało mi się nawet złożyć Wam życzeń.  Mam nadzieję, że wybaczycie mi to, że tak w zasadzie to nie zauważyłyście tej nieobecności. W ramach wytłumaczenia napiszę, że jestem teraz w trakcie zmiany mojego zawodowego życia, a takie perturbacje zawsze pochłaniają dużo uwagi i czasu, moje myśli są teraz skierowane na zupełnie inny tor. Po prostu Nowy Rok będzie dla mnie czasem zmian, mam nadzieję, że na lepsze.

W międzyczasie rzadko tu bywałam, ale nie umknęło mej uwadze to:


Bardzo Wam dziękuję, taka liczba Obserwatorów to jest coś, jestem niezwykle szczęśliwa, że tyle osób ma ochotę do mnie zaglądać!  Dziękuję  z całego serca każdemu czytelnikowi!!!


***********

Żeby nie było dziś tak zupełnie niekosmetycznie, chciałbym pokazać Wam trzy drobiazgi, które są dla mnie absolutna nowością. Pierwszą jest paleta Lovely nude makeup kit. Mam ją od trzech tygodni, jednak jeszcze się wstrzymam z opinią. Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam, kiedy ją zobaczyłam w Rossmannie, w końcu jakaś polska marka odważyła się wyprodukować paletę cieni w takiej formie. Myślę, że takich rozwiązań makijażowych na naszym rynku kosmetycznym brakuje, oby inne firmy pokusiły się o konkurencyjne produkty.

 
Paleta prezentuje się przyzwoicie, jest tania i całkiem funkcjonalna. Zresztą, same pewnie już o niej czytałyście:)



Koleją rzeczą jest wcierka Jantar. Całe te zmiany są baaardzo stresujące, dlatego włosy zaczęły mi wypadać. Oprócz masek i olejków postanowiłam spróbować z wcierką, to był przecież niedawno blogowy hit. Że też ja jeszcze tego nie próbowałam:)



Na koniec zostawiłam Ziołowy krem koloryzujący Delia Cosmetics. To moje drugie opakowanie, chwilowo jestem na tyle zadowolona  z koloru i trwałości, że przy nim pozostaję. W Nowym Roku na sto procent będzie recenzja. 



Pozdrawiam Was serdecznie i raz jeszcze dziękuję.

Buziaki,
Dorota

13 grudnia 2013

Przeciwzmarszczkowy krem pod oczy MINERAL THERAPY *Floslek*

Wczoraj wspominałam o kremie na dzień i na noc  z serii Mineral Thepary marki FlosLek. Jednocześnie stosowałam także krem pod oczy, więc i o nim chciałabym napisać co nieco.


Przeciwzmarszczkowy krem pod oczy
Mineral Therapy
FlosLek


Pojemność: 30 ml
Cena: ok. 20 zł

Skład:


"Krem zawiera atlantycki mech perłowy - algę bogatą w mikroelementy (głównie wapń, magnez, cynk i żelazo), która odbudowuje gospodarkę mineralną skóry. Oktapeptydy działają skuteczniej niż botox, doskonale wbudowują się w głębokie zmarszczki i kurze łapki. Olej arganowy poprawia elastyczność i jędrność skóry"- opis brzmi bardzo zachęcająco, nic tylko używać i cieszyć się piękną skórą wokół oczu. Sprawa jednak nie jest taka prosta, bo skóra wokół oczu to dla mnie temat baaardzo trudny. 

Krem aplikuje się przyjemnie, choć zaskoczyła mnie jego lekka konsystencja- spodziewałam się czegoś bardziej gęstego i treściwego. Wchłania się szybko, doskonale sprawuje się pod makijażem. Tubka jest duża, 30 ml to spora pojemność. Jest delikatny i nie podrażnia, nawet jak się dostanie do oczu.

W moim przypadku skóra wokół oczu dość często jest przesuszona, pojawiły się też pierwsze zmarszczki, dlatego wobec kremów na te okolice jestem szalenie wymagająca. Krem FlosLeku rewolucji w mojej pielęgnacji nie zrobił, nie zachwycił mnie też na tyle, bym mogła zaprzestać poszukiwania kremu idealnego. Całkiem dobrze sprawdza się na dzień, bo jest raczej lekki i dobrze współgra z makijażem, utrzymuje także odpowiedni poziom nawilżenia. Na noc jednak oczekiwałabym mocniejszego działania, silniejszego nawilżenia i odżywienia skóry. Delikatne zmarszczki tak jak były, tak są, większego napięcia czy jędrności też nie zaobserwowałam, zatem nie przekonał mnie co do tych przeciwzmarszczkowych właściwości. Moja skóra wokół oczu ma się dokładnie tak samo jak przed stosowaniem tego kremu, choć przyznaję, w tym okresie nie miałam ani razu problemu z przesuszeniem okolic oczu.


Przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia wobec tego kremu, ale jest on dedykowany dla cery dojrzałej, więc może muszę do niego jeszcze trochę dorosnąć:)))

Pozdrawiam,

Dorota

12 grudnia 2013

Nowości kosmetyczne- seria Fun Night Bell


Karnawałowe szaleństwo zbliża się wielkimi krokami, wypadałoby coś na tę okazję przygotować. Nie wiem jak Wy, ale ja sobie obiecałam, że w tym roku wybiorę się na jakąś małą imprezkę w karnawale i wcale nie ma tu na myśli Sylwestra, mój mężuś ma dyżur 1 stycznia, jakakolwiek dłuższa impreza zatem odpada. Cóż, takie życie mundurowego i jego biednej żony:)))

A jak impreza, to oczywiście błysk!


Fun Night
Wielokolorowe cienie do powiek
seria limitowana


Cena: ok. 20 złotych

Dziś wspomnę tylko o cieniach, lakier zostawiam sobie na później.


Kolorystyka paletki jest dla mnie zaskakująca, połączono tu bowiem chłodne odcienie srebra, szarości i czerni z niewątpliwie ciepłym złotem ( na zdjęciu baaardzo żółtym, w rzeczywistości jest bardziej złote niż żółte). I powiem Wam, że takie połączenie w makijażu szalenie mi si spodobało, wygląda bowiem intrygująco i bardzo dekadencko. Czarno- szare smoky z delikatną nutą złota w kąciku oka świetnie wydobywa mój kolor oczu, mam takie żółte plamki w tęczówkach, złoto fajnie to podbija.


Cienie mają dobre nasycenie kolorystyczne, są niewątpliwie metaliczne, mega błyszczące.  Czarnego cienia używam także na co dzień, by przyciemnić linie rzęs, białą perłą rozświetlam kącik. Wydaje mi się, że jedynym minusem tej paletki jest kolor jasnoszary, wtłoczony w ciemną szarość. W zasadzie kolorystycznie wypada bardzo podobnie do cienia białego, jest tylko jakby lekko przybrudzony, spokojnie mogłabym się bez niego obejść.


Cienie nakładam tylko na bazę- zawsze; bez bazy nic mi się na powiece nie utrzyma dłużej niż godzinę. Trwałość zatem tych cieni oceniam jako dobrą, ale zaznaczam, że nigdy nie nosiłam ich solo.

Seria Fun Night jest ciekawą propozycją na imprezowe szaleństwo. Sama jestem jeszcze ciekawa Brązujaco-rozświetlającego pudru sypkiego do twarzy i ciała, muszę się mu bliżej przyjrzeć przy okazji następnej wizyty w drogerii. 

Pozdrawiam,

Dorota

Mineral Therapy, krem na dzien i na noc FlosLek

Witam serdecznie. 
Chciałabym dziś napisać słów kilka o kremach FlosLeku z serii Mineral Therapy. Stosowałam je jednocześnie w wersji na dzień i na noc, żeby w pełni wykorzystać ich potencjał.


Dermowypełniający krem na dzień
SPF 15


Skład:

Krem ma pojemność 50 ml, opakowanie to plastikowy słoiczek, bardzo porządny zresztą i całkiem przyjemny dla oka. Krem me przede wszystkim odżywiać i nawilżać skórę, a także pomagać w redukcji zmarszczek oraz uelastyczniać. Początkowo miałam obiekcje, czy oby tego typu krem nie będzie za odżywczy dla mojej skóry, w końcu przeznaczony jest dla nieco starszych pań, postanowiłam jednak zaryzykować i zafundować  cerze taką kurację odżywczo- nawilżającą. 

Krem przede wszystkim nie zapchał mi porów i nie spowodował powstania zaskórników- to dla mnie rzecz kluczowa, to podstawowe kryterium, według którego krem oceniam (wersja na noc także spisała się pod tym względem wzorowo). Konsystencja jest dość lekka, więc krem świetnie nadaje się pod makijaż. O dziwo nie miałam też problemu  z nadmiernym świeceniem się cery i to uznaję za bardzo zaskakujące. Jesienią jednak moja cera zupełnie inaczej reaguje na kremy nawilżające, jestem pewna, że latem byłaby to dla mnie katastrofa i świeciłabym się jak "żarówa". Jeśli już o nawilżeniu mowa, to uważam, że krem sprawdza się w tym bardzo dobrze. Jestem w  pełni usatysfakcjonowania działaniem na tym polu i myślę, że dla mojej tłustej cery taki stopień nawilżenia byłby wystarczający nawet na noc. Natomiast w kwestii redukcji zmarszczek i uelastycznienia się skóry raczej się nie wypowiem, bo po prostu zmarszczek mocno widocznych i głębokich jeszcze nie mam ( na szczęście!!!!).

Tak więc krem jest dla mnie całkiem w porządku i myślę, że dla cer tłustych byłby to także dobry krem na noc.


Odbudowujący krem na noc


 Skład:

Krem na noc to już trochę inna historia, bardziej bogata. Tak jak wersja na dzień i ten zapakowany jest w plastikowy słoiczek o tej samej pojemności, różnica jednak między kremami jest. Główną obietnicą jest tu redukcja zmarszczek, czyli efekt liftingu, możemy się jednak spodziewać także elastycznej i aksamitnej cery. I wiecie, coś w tym jest. Krem ma cięższą i bardziej treściwą konsystencję, wystarczy naprawdę niewielką ilość, żeby pokryć cała twarz. Ja stosowałam go także na szyje i dekolt i na tym obszarze zauważyłam największe różnice. Tuż po nałożeniu odczuwam delikatne ściągniecie skóry, ale po chili to uczucie znika i cera się relaksuje, odpręża- to całkiem przyjemne, szczególnie po zastosowaniu mocnego peelingu. Krem nawilża doskonale, zdecydowanie lepiej niż wersja na dzień i to nawilżenie jest szybciej odczuwalne. Najbardziej jestem zadowolona z jego działania na szyje i dekolt, zazwyczaj pomijam te okolice podczas pielęgnacji, tym razem jednak byłam systematyczna i efekty są. Bardzo jestem z tego kremu zadowolona i myślę, że warto było podjąć ryzyko.


Kremy z serii Mineral Therapy uważam za udane. Zauważyłam, że zdecydowana większość produktów do twarzy FlosLeku dobrze mi służy, więc mogę po nie sięgać częściej i próbować czegoś nowego.

Pozdrawiam,

Dorota

1 grudnia 2013

Wyniki rozdania

Witam serdecznie. 

Pora ogłosić, kto wygrywa zestaw kosmetyków Flos Lek.

Wyrywa

Serdecznie gratuluję. Proszę Cie o przesłanie adresu, bym mogła nadać paczkę. 

Wszystkim serdecznie dziękuję za zgłoszenia.

Pozdrawiam.

Dorota

30 listopada 2013

Co zrobić, gdy posty nie aktualizują się na liście czytelniczej?

Jakiś czas temu miałam problem z blogiem, jak zauważyłyście, moje posty nie aktualizowały się na liście czytelniczej. Publikowałam posta i był on widoczny zarówno na blogu, jak i na mojej liście opublikowanych postów, natomiast nie "pokazywał się" u moich obserwatorów. Oczywiście od dawna sama obserwuję swój blog, stąd też wiem, że posty na liście się nie aktualizowały. Borykałam się z tym bardzo długo, próbowałam wielu rzeczy i w końcu trafiłam. Myślę, że krótka informacja o tym, jak się z tym uporałam przyda się i Wam, z tego co się orientuję nie tylko mój blog miewa takie kłopoty.


Zaczęłam od :
* odświeżenia opublikowanej stronę w przeglądarce,
* wyczyściłam pamięć podręczną przeglądarki( to robiłam kilka razy),
* importowałam i eksportowałam bloga.

Żadna z tych operacji nie pomogła, post pokazać się nie chciał. 

Na jakimś forum natknęłam się też na wzmiankę o  kanale RSS, ktoś proponował pokombinować z ustawieniami. Zupełnie nie miałam pojęcia, w czym rzecz i o co tak w ogóle chodzi. Pokombinowałam, poprzestawiałam ustawienia i w końcu znalazłam. U mnie akurat to pomogło. Pokaże, jak to zrobiłam, może ktoś skorzysta. 

Na pulpicie blogera należy kliknąć w USTAWIENIA, potem z zakładkę INNE.




W ustawieniach kanału witryny widnieje pytanie: Zezwalaj na kanał w blogu. mamy tu kilka opcji: pełny, do miejsca zwijania tekstu, krótki, brak, niestandardowy. Przestawiłam wtedy z kanału "pełnego" na "do miejsca zwijania tekstu" i wszystkie posty jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pokazały się jednocześnie na liście czytelniczej.





Mam nadzieję, że ta informacja będzie dla kogoś przydatna. Przepraszam, jeśli ten post jest mało fachowy i zupełnie nieprofesjonalny, ale ja w tej dziedzinie jestem kompletnym samoukiem.

Pozdrawiam,

Dorota

Ostatni dzień rozdania...

Witam.
Jeszcze tylko dziś możecie zgłosić się do rozdania kosmetyków FlosLek. Serdecznie zapraszam.

http://tylkopolskiekosmetyki.blogspot.com/2013/11/rozdanie-kosmetykow-floslek.html

Pozdrawiam,
Dorota

29 listopada 2013

Light Lip Tint *Bell*

Witam.
Jakiś czas temu trafił w moje ręce Lip Tint marki Bell. Byłam sceptycznie nastawiona i podeszłam do niego z rezerwą, bo obiło mi się o uszy, że to maleństwo potrafi wysuszyć usta na wiór, a tego nikt nie lubi, tym bardziej jesienią!

Light Lip Tint
błyszczyk trwale barwiący usta
Bell


Pojemność: 5,5 g
Cena: ok. 11 zł

Opakowanie i sam aplikator są w porządku, łatwe do używania, praktyczne. Kolor mojego tinta to nr 12, czerwień, z delikatną nutą ciepłej domieszki. Sam kolor bardzo mi się podoba,ale mam wątpliwości, czy oby na pewno do mnie pasuje. Jednego dnia wydaje mi się, że wyglądam  w nim dobrze, innego natomiast nie. 


Kosmetyk ten ma bardzo ciekawą konsystencję,  z pewnością daleką od klasycznego błyszczyku. Jest zdecydowanie bardziej lekki, określiłabym go jako wodnisto - żelowy, płynny, ale całkiem przyjemny w aplikacji. Kolor lekko wgryza się w usta, bo ten błyszczyk jest trochę jak samoistnie wchłaniające się maseczki, czyli nakładamy i czekamy, a usta przyjmą go tyle, ile trzeba. Potem już nie czuć nadmiaru kosmetyku, a efekt pozostaje. Musze przyznać, że idea tego typu błyszczyku do ust bardzo mi odpowiada, bo nic się nie klei, nic nie przeszkadza. 

Sam Lip Tint sprawuje się całkiem dobrze; kolor trzyma się długo,czasem nawet do 4-5 godzin. Moje największe obawy co do  wysuszania nie zostały potwierdzone, bo w sumie sam tint nie wysusza moich ust aż tak bardzo. Zauważyłam, że jeśli nałożę go i pozostawię bez niczego, to po jakimś czasie odczuwam potrzebę zaaplikowania balsamu; podobnie dzieje się, jeśli pozostawię usta bez żadnej ochrony. Tak więc wydaje mi się, że tint nie wysusza ust jakoś szczególnie, on po prostu nie daje efektu nawilżenia, nie chroni ust, bo jest stworzony do tego, by dawać kolor, a nie pielęgnować. Poza tym kolor pozostaje na ustach w dobrym stanie przez dłuższy czas i naprawdę wystarczy tylko kilka pociągnięć pomadką ochronną, by usta wyglądają świeżo i soczyście, a kolor nabiera odświeżenia.

Należy z nim uważać wtedy, gdy się ma usta mocno przesuszone, z widocznymi suchymi skórkami. Wtedy raczej on ich nie upiększy, jedynie podkreśli niewypielęgnowane usta.  Można jednak stworzyć za jego pomocą efekt tzw. przygryzionych ust, ten kolor nadaje się do tego idealnie.

Dla mnie Light Lip Tint jest kosmetykiem, który stosuję tylko po to, by nadać ustom kolor. Zawsze używam go w komplecie z pomadką ochronną.



Efekt na moich ustach, nałożyłam rozsądną warstwę. Wygląda  naturalnie i jak widzicie, zupełnie nie widać na ustach kosmetyku, wszystko jakby usta pochłonęły:)


Swego czasu były także dostępne w Biedronce Lip Tinty Bell z serii Absolute Color. Moim zdaniem te dwa kosmetyki jednak różnią się od siebie. Light Lip tint jest błyszczykiem, Lip Tint Absolute Color jest pomadką w płynie. Konsystencja jest bardzo podobna, ale efekt jednak nieco inny.


Mimo iż błyszczyk (kolor czerwony) zdaje się być bardziej intensywny, to jednak pomadka (kolor różowy) daje na ustach bardziej intensywny odcień.


Widać tu, że pomadka Absolute Color radykalnie zmieniła barwę moich ust, są tu ewidentnie różowe. Efekt jest nadal naturalny, nadal widać, że nie ma się na ustach kremowej pomadki.


Pomadka w płynie zachowuje się na ustach podobnie jak trwały błyszczyk, kolor utrzymuje się długo, ale także potrzebna jest dawka nawilżenia; tak więc bez balsamu ani rusz.

Lip Tinty Bell uważam za ciekawe kosmetyki, jeśli ktoś szuka w miarę trwałego koloru. Pamiętajcie jednak podczas jego używania o odpowiedniej pielęgnacji ust.

Pozdrawiam.

Dorota

26 listopada 2013

Suchy szampon *Farmona*

Witam.
Jak do tej pory natknęłam się tylko na jeden suchy szampon wyprodukowany przez polską markę kosmetyczną- mówię tu o szamponie z serii Radical od Farmony.   Suche szampony są już dość popularne, ale nie zaobserwowałam  wzmożonego zainteresowania jego produkcją (w przeciwieństwie do kremów BB, tych mieliśmy ogromy wysyp).



Suchy szampon
do każdego rodzaju włosów
skutecznie oczyszcza i odświeża włosy bez użycia wody
RADICAL
Farmona

Pojemność: 150 ml
Cena: ok. 8 złotych

Głównymi składnikami są : skrobia kukurydziana, która pochłania nadmiar sebum oraz ekstrakt ze skrzypu polnego i aloesu dla wzmocnienia włosów. Szampon należy dobrze wstrząsnąć ( ten ma w środku metalowa kulkę), rozprowadzić na włosach w odległości 20 centymetrów, pozostawić na około 2 minuty, potem dobrze wyczesać. W rezultacie można liczyć na świeże i czyste włosy, dużą objętość i lekkość oraz odbicie włosów od nasady.


Opakowanie jest w porządku, nic się nie zepsuło i nie zatkało podczas używania.Trochę się obawiałam, że skrobia może zatkać otwór i nie poużywam go długo. Szampon zostawia na włosach biały osad, ale można go wyczesać. Na początku wygląda to przerażająco, ale sytuację da się opanować. Część białego pyłku znika już po wmasowaniu szamponu w skórę głowy (robię tak zaraz po aplikacji), resztę spokojnie da się wyczesać. 

Ten szampon rzeczywiście odświeża włosy, ale nie zadziała na mocno przetłuszczonych. Ja używałam go na dwudniowe włosy i zawsze działał, ale na dłużej nie myte już nie za bardzo. Delikatnie też dodaje objętości, jednak nie jest to spektakularny efekt. Liczyłam na coś więcej w tym względzie, ale niestety. Myślę, że to dlatego, iż mam już trochę dłuższe włosy i ciężko jest odbić je od skóry głowy, są po prostu cięższe. Nie sprawia, że włosy są nienaturalnie matowe, wyglądają bardzo ładnie, może w dotyku są lekko szorstkie, natomiast wizualnie wyglądają bez zarzutu. Na pewno szampon oczyszcza, na pewno pozwala włosy odświeżyć, nie bardzo jednak nadaje objętość. 


Zasadniczo uznaję szampon Farmony za całkiem udany kosmetyk, jest jednak jeden mały szczegół- a mianowicie zapach. Już podczas pierwszego użycia wiedziałam, że się z nim nie polubię, bo choć jest bardzo ładny, to jednak za intensywny. To ten rodzaj zapachu, który się podoba, ale utrzymuje się tak długo i jest przy tym wciąż szalenie mocny, że po kilku godzinach po prostu męczy. Wiem, że nie zdołam się do niego przyzwyczaić i że już zawsze będzie mnie irytował:(

Szkoda, że szampon nie do końca mi odpowiada, bo po prostu wybór kosmetyku z tej kategorii jest żaden. Na jakiś czas zatem kończę przygodę  z suchymi szamponami i poczekam na jakąś inna opcję.


Pozdrawiam.


Dorota

Kosmetyki , które warto kupić ponownie....

Witam serdecznie. 
Od dłuższego czasu mam pomysł na serię postów zatytułowanych: "Kosmetyki, które warto kupić ponownie". Każda z nas zna takie kosmetyki, które są świetne, które można kupić zawsze wtedy, gdy brak na drogeryjnej półce ciekawych nowości albo gdy borykamy się  z określonym problemem i wiemy, że ten właśnie kosmetyk pomoże. Ja sama często sięgam po te same rzeczy do pielęgnacji, czasem bowiem nie mam ochoty na eksperymenty i korzystam ze sprawdzonych produktów. Szkoda o nich nie wspomnieć ponownie na blogu, jak coś jest dobre i się sprawdza, warto to raz jeszcze podkreślić. 


Zacznę od serii Bielendy Bawełna. Właściwie wszystkie elementy tej serii uwielbiam ( nie próbowałam tylko kremowej emulsji do mycia twarzy) i każdą sztukę kupiłam kilka razy, ale dziś wspomnę o dwóch: 

* pierwszy to  dwufazowy płyn do demakijażu oczu;


* drugim jest masło do ciała. 


 Płyn dwufazowy jest bardzo delikatny, ale skutecznie zmywa makijaż oczu. Nie podrażnia, nie powoduje pieczenia czy szczypania. Dla mnie produkt wręcz idealny. Masło do ciała jest dla mnie kosmetykiem uniwersalnym, bo używam go i do nawilżania ciała, i do włosów. Myślę, że to drugie zastosowanie jest bardziej interesujące i może zaciekawić te z Was, które borykają się z przesuszoną skórą głowy. Ja nakładam ten produkt jak maskę przed myciem , obfitą ilość wmasowuję we włosy i skórę głowy; trzymam pod czepkiem do godziny. Efekt nawilżenia murowany!


W kategorii żeli do mycia twarzy zdecydowanie nie raz sięgałam po Herbal Garden z Evy Natury, bo świetnie myje, nie wysusza i fantastycznie pachnie.


Bardzo cenię też żel z Lirene (nawilżająco- odświeżający). Nie jestem w stanie zliczyć ilości zużytych opakowań, żel świetnie mi służy na co dzień, jest delikatny i skuteczny. Dobrze się go używa w duecie z jakąś gąbką lub myjką do twarzy, bo nie pieni się aż tak mocno.


Na koniec zostawiłam dwa toniki Ziai. Myślę, że nie tylko ja często po nie sięgam, te kosmetyki maja bowiem wiele zwolenniczek. Tutaj główną zaletą jest przede wszystkim cena, dostępność i dobre działanie. Nie nazwałabym ich "tonikowymi mercedesami ", ale są całkiem w porządku i nie zrujnują budżetu.



Jestem pewna, że część z tych kosmetyków znacie, ciekawa jestem Waszej opinii na ich temat. 

Pozdrawiam,

Dorota